24 kwi 2017

zmiany - znowu?!

Dziś wracam do "wnętrzarskich korzeni".
Zanim pojawili się Chłopcy i zmieniło się moje życie to właśnie takich postów było tu najwięcej - zdjęcia naszego mieszkania, pomysły i realizacje. Teraz czas ucieka mi przez palce i czasami coś zdążę zmienić 3 razy, a na blogu się nie pojawia. No ale tego nie mogę Wam odpuścić. 
Kącik J. w naszej sypialni znowu uległ zmianie. Tym razem nie kosmetycznej a... całkowitej!

Stanęło moje wymarzone, najpiękniejsze jakie widziałam, łóżeczko Flexa (teraz jest na nie promocja -20%, więc jeśli komuś się marzy, to koniecznie biegnijcie do sklepu!). Ma świetny design, jest rewelacyjnie praktyczne (wyciągane szczebelki, ściągane boki - to wszystko sprawia, że spokojnie posłuży J. do 4go roku życia) i jest bardzo, bardzo dokładnie wykonane. Projekt Duńczyka, Hansa Sandgrena, skradł moje serce jeszcze kiedy byłam w ciąży z T. Wtedy jednak zdecydowaliśmy się na szare łóżeczko, które jakiś czas temu zastąpiło większe - o tym niebawem! 



Takie łóżeczko to inwestycja na lata. Na pewno zostanie u nas na zawsze - jeśli nie będziemy już  używać go my, na pewno trafi do mojego brata - to mebel na pokolenia!
Spójrzcie tylko jak przytulnie wygląda z baldachimem - marzył mi się ten od Numero74, ale odkąd jeszcze podnieśli ceny, jesgo zakup stał się ciut... bezsensowny. Okazało się, że piękne baldachimy można kupić w Polsce - szyte przez zdolne Mamy. Nasz jest marki Zana by Mama - jej produkty obejrzycie także TUTAJ. Szczerze polecam, bo baldachim uszyty jest z najwyższą starannością i kiedy przyjechał sprawił mi ogrom radości (najchętniej jeszcze jeden zawiesiłabym Chłopcom do zabawy w ogrodzie!).





Koło łóżeczka zawiesiłam koszyczek od Lilu. Pierwotnie były tutaj półeczki od zagłówka, ale brakowało mi miejsca, gdzie mogłabym odłożyć okulary czy tubkę kremu. Koszyczek zawiesiłam na kawałku starego paska, którego nie używałam i ucięłam tak, aby stworzył niewielki wieszaczek. Wygląda uroczo, prawda? Nawet ucieszył mnie fakt, że nie ma tu półek - zrobiło się trochę inaczej, ciekawiej. Te koszyczki zawisły także w pokoju T. - lubię je, bo mają masę zastosowań. Przechowywać można w nich naprawdę wszystko!






Zwróciliście uwagę na kolor naszej pościeli? To obłędne, lniane Łyko. Zdecydowanie najpiękniejszy niebieski odcień lnu. Tutaj, przy słonecznym, popołudniowym świetle wpada w lekką, morską zieleń.   Wieczorami bywa granatowy jak nocne niebo, a przy pełnym świetle ten niebieski jest mocny i soczysty. Ta pościel to prawdziwy kameleon! Teraz powstała także linia "Kids" - len dla najmłodszy to świetny wybór. Myślę o niej intensywnie...

Ochraniacz na łóżeczko to owoc mojego marudzenia - Ania z Maamuta dzielnie zniosła moje jęczybułkowanie i uszyła ochraniacz idealnie pasujący do kształtu łóżeczka. Jestem jej bardzo wdzięczna, bo idealnie realizuje moje zamówienia na nietypowy rozmiar pościeli i innych tekstyliów - Aniu, raz jeszcze dzięki!

Jak Wam się podoba ten kącik po zmianach?

Pozdrawiam Was ciepło,
Agnieszka

15 lut 2017

dokąd się spieszysz?

Rozszerzanie diety przy drugim dziecku obarczone jest zdecydowanie mniejszym ładunkiem stresu i nerwowości niż za pierwszy razem.

Pamiętam jak przy T. tak bardzo chciałam dać mu już coś innego, niż mleko. Jak bardzo ekscytowałam się faktem, że oto będziemy JEŚĆ a nie tylko pić. Że moje dziecko usiadło, a ja mogę podać mu ugotowane na parze kawałki marchewki i obserwować z jakim apetytem będzie je jadło.

A teraz? Teraz miałam ochotę krzyczeć: "STOP! Jeszcze nie teraz, jeszcze nie chcę! Niech mój dzidziuś jeszcze choć przez chwilę będzie maleńkim dzidziusiem!" Może trochę z egoistycznych pobudek (ach, będę tęskniła za tym słodkim czasem, kiedy miałam w domu Maluszka), a może po prostu dorosłam do czegoś , o czym Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i Polskie Towarzystwo Gastroenterologii Hepatologii i Żywienia Dzieci trąbi od dawna - "zdrowe dziecko zdrowej matki może być karmione wyłącznie piersią do 6msca życia". Wyłącznie w tym przypadku oznacza: bez podawania wody, herbaty rumiankowej/koperkowej, kukurydzianych chrupek, kaszek czy słoiczków.


Tym razem oprócz własnego doświadczenia przeczytałam kilka artykułów i rozmawiałam z osobami, które w temacie żywienia dzieci i niemowląt mają dużą wiedzę i doświadczenie.
Jest kilka ważnych aspektów, o których należy pamiętać na początku drogi z jedzeniem "konkretów". Pamiętajcie proszę, że swoje doświadczenia opieram na rozszerzaniu diety dzieci, które karmię swoim własnym mlekiem - nie mlekiem modyfikowanym. Tutaj nie mam takiej wiedzy, przynajmniej nie jeśli chodzi o maluszki do roczku.

Nie chciałabym wprowadzić zamętu. Dlatego też mój post dotyczy maluszków "piersiowych", którym zaczynamy rozszerzać dietę.

Przede wszystkim: rozszerzanie diety nie polega na tym, aby rezygnować z kolejnych posiłków mlecznych na rzecz tych, które przygotujemy. Przynajmniej nie na początku. Od kilku dni staram się przygotowywać małą porcyjkę gotowanej marchewki, jabłka czy banana i podaję je Młodszemu w niewielkich ilościach.
Obserwuję jego reakcje. Jeśli chwyta za łyżeczkę i wkłada ją sobie do buzi oblizując - podaję kolejną. Jeśli zaczyna "dmuchać" w łyżeczkę a co za tym idzie - wypluwa to co ma w buzi - rezygnuję z następnej. Czasami jest to 10 łyżeczek a czasami 2. Pamiętajcie, żeby się tym nie frustrować. Te pierwsze posiłki nie służą zaspokojeniu głodu. Świetnie, jeśli Maluch ma ochotę próbować tego, co mu podajemy. Ale jeśli nie - nic się nie dzieje. Czasami trzeba kilku-kilkunastu prób, alby dziecko przekonało się do konkretnego smaku. Pamiętajcie, że było do tej pory karmione mlekiem mamy, które swój smak zmienia, owszem, ale nadal jest mlekiem. A tutaj podajemy coś kompletnie innego. Czasami trzeba czasu, żeby posmakowało. U nas od kilku dni panoszy się choróbsko, obserwuję więc wzmożoną niechęć do łyżeczki - wygląda na to, że J. kojarzy ją jako coś, na czym podaję mu lekarstwa. Ale nie zniechęcam się. Dzisiaj np. nabierałam mus marchewkowo-jabłkowy... kukurydzianą chrupką. I w taki sposób trochę zjadł. Pamiętajcie, że choroby/infekcje są stanem dyskomfortu dla Maluszka i często powodują brak apetytu. Jeśli przydarzą się tak jak nam - w momencie wprowadzania nowych smaków - mogą powodować mylny obraz zainteresowania dziecka jedzeniem. Dajcie sobie chwilę i... spróbujcie za jakiś czas.

Druga kwestia: BLW. Pisałam już kiedyś, że nie stosuję stricte BLW. Czyli generalnie nie stosuję BLW patrząc na to bardziej kategorycznie. BLW to wyłączne podawanie jedzenia dziecku w dostosowanych wielkościowo kawałeczkach i pozwalanie mu na próbowanie tego, co podajemy, samodzielnie. Zarówno w przypadku Starszego jak i Młodszego stosuję - jak to sobie nazywam - metodę mieszaną. Część posiłków podaję na łyżeczce, część - do rączki. Opieram ten wybór na własnym wyczuciu i doświadczeniu. Nie chcę Wam pisać, jak powinno się robić. To, moim zdaniem, kwestia intuicji. Ja wybrałam taki sposób.

Trzecia kwestia: aspekt dietetyczny. kiedy zapytałam Was pod jednym ze zdjęć na moim instagramie, jak i kiedy rozszerzacie dietę, dostałam wiele odpowiedzi. Pisałyście o zaleceniach pediatrów, aby gluten wprowadzić już po 4tym miesiącu. Bo wtedy mamy do czynienia z "oknem glutenowym". Nie słyszałam o tym wcześniej, bo nasza pediatra nie wspominała mi o czymś takim kiedy T. był malutki. Zagłębiłam więc temat i u Hafija.pl znalazłam odpowiedź na swoje wątpliwości: "O ile mama  zamierza karmić piersią dziecko dłużej niż 6 msc. to może spokojnie odłożyć wprowadzenie glutenu na czas po 6 miesiącu życia, szczególnie, że karmienie wyłączne piersią przez pierwsze sześć miesięcy życia ma ogromny wpływ na kształtowanie się systemu immunologicznego oraz na rozwój prawidłowych odpowiedzi immunologicznych w przyszłości i inne korzyści, a więc wprowadzenie pokarmów takich jak kaszka manna przed tym okresem nie jest konieczne i korzystne o ile po ukończeniu 6 miesiąca życia dziecka nadal mamy zamiar je karmić piersią przynajmniej przez okres conajmniej dwóch – trzech miesięcy." I to wyjaśnia, dlaczego wcześniej o tym nie słyszałam. Karmiłam dłużej, niż 6 miesięcy.



Czwarta kwestia: słoiczki, czy gotowanie w domu? Gotowych słoiczków nie traktuję jako czegoś złego. Producenci żywności dla niemowląt muszą przestrzegać rygorystycznych norm. Uważam więc, że jeśli naprawdę nie miałabym możliwości przygotowania posiłku dla Malucha samodzielnie, podanie słoiczka nie jest żadną tragedią. Mam do tego luźny stosunek. W domu gotuję już drugi rok w niezastąpionym BabyCooku. Nie ograniczyłam jego używania tylko i wyłącznie do początków kulinarnej przygody z Chłopcami. Używam go na co dzień. Gotuję w nim warzywa na parze, miksuję koktajle i przygotowuję ciasto na przeróżne placuszki. BabyCook był z nami na wakacjach, jeździł z nami na krótkie wypady na działkę - uważam, że jest niezastąpiony. Tutaj jednak istotna kwestia: nie miksuję ugotowanych warzyw na zupełnie gładką, jednolitą papkę. Zostawiam niewielkie grudki, żeby przyzwyczajać J. do różnych konsystencji. Zapytacie o odruch wymiotny. Przy ostatniej wizycie u logopedy spytałam z czego on wynika. Otóż u noworodków i młodszych niemowląt umiejscowiony jest na języku, ale nieco bliżej niż u osób dorosłych. Wraz z dojrzewaniem odruch wymiotny przesuwany jest wgłąb jamy ustnej, na tył języka. Dzięki temu dziecko uczy się przyjmować stałe pokarmy. Zauważcie, że malutkie dzieci, na początku rozszerzania diety - wypychają językiem stałe pokarmy. To naturalny odruch (tzw. odruch wypychania) chroniący je przed zakrztuszeniem, kiedy nie są gotowe na ich spożywanie. U zdrowych, silnych niemowląt urodzonych o czasie zanika on ok. 6 m-ca życia, czyli właśnie wtedy, gdy dziecko staje się gotowe na rozszerzenie diety.

UWAGA: Warto zwracać baczną uwagę na reakcję dzieci przy podawaniu stałych pokarmów, bo jeśli silny odruch wymiotny uniemożliwia jedzenie kawałków jedzenia starszym dzieciom, może to wskazywać na problemy z integracją sensoryczną. Bądźmy czujne i korzystajmy z możliwości jakie mamy - konsultujmy dzieciaki u różnych osób: u pediatry, logopedy czy neurologa!


Kolejna sprawa: sprzęty pomocne przy rozszerzaniu diety i umilające nam, Mamom, ogarnianie tego całego szaleństwa. Umówmy się: podczas rozszerzania diety, przez dobre kilka miesięcy mamy w kuchni niezły bajzel. U nas sprawę nieco ułatwia posiadanie psa - śmieję się, że Figa krąży wokół stołu niczym hiena i tylko czeka, aż J. wyrzuci coś na podłogę. Do jedzenia na podłodze jestem w stanie się przyzwyczaić. To, w perspektywie czasu, trwa tak krótko, że szybko się o tym zapomina. Zawsze jednak szkoda mi było ubranek, które T. brudził na potęgę i czasami nie udawało mi się sprać  powstałych na nich plam. Tym razem postawiłam na śliniaki-fartuszki. Zecydowanie lepiej chronią bodziaki Młodszego. Miseczki i talerzyki? Zamieniłam melaminowe na te w formie maty z EZPZ. Przysysają się do stołu i dziecko w euforii jedzenia nie rzuca talerzem na podłogę. Uff! Mniej bałaganu, więcej frajdy! Na zdjęciu są dwa talerzyki z przegródkami i dwie miseczki. Jeden z talerzyków i jedną miseczkę mamy już półtora roku. Zgadniecie które? No właśnie - wszystkie wyglądają jak nowe. A używamy ich codziennie - niestraszny im sos do spaghetti (inne silikonowe elementy, np śliniak-kieszonkę czy smoczki do butelek, pomidorowy sos zafarbował na pomarańczowo...) i mycie w zmywarce. Naprawdę je polecam - Młodszy już ma swój komplecik.
Łyżeczki Spuni to ciekawa alternatywa dla zwykłych łyżeczek, którymi na początku podawałam jedzenie T. Mają odpowiednią dla ręki rodzica długość i ciekawie zaprojektowaną końcówkę. Nabrane jedzenie nie "wpada" do zagłębienia jak w standardowej łyżeczce. Ułatwia to "uruchomienie" górnej wargi niemowlęcia, które powinno samodzielnie ściągać ustami jedzenie z łyżeczki. Kształt tych od Spuni nieco przypomina miniaturową "tackę". Częstym błędem rodziców przy karmieniu sztućcami jest ocieranie łyżeczki o wargi malucha. Jeśli będziemy tak robić, w przyszłości mały Człowiek może mieć trudności z prawidłowym mówieniem. Zwróćcie uwagę,w jaki sposób my, dorośli, posługujemy się łyżką. Nie ocieramy nią o usta, a zsuwamy jedzenie wargami. Tego właśnie powinniśmy uczyć nasze dzieci.



Okołodzieciowe tematy to mój konik. Jestem mamą dwóch Chłopców, więc dziecięce kwestie są dla mnie jednymi z ciekawszych na chwilę obecną. Tak też widzę ten wpis - jest dla mnie czymś, o czym lubię rozmawiać. Potraktujcie go proszę bardziej jak rozmowę z przyjaciółką, która po prostu chce podzielić się z Wami swoim doświadczeniem. Nie jestem lekarzem ani specjalistą. Po prostu jestem mamą.

Planuję jeszcze drugą część tego wpisu. Z konkretnymi przykładami naszych dań, smakołyków itp. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się go przygotować.

Pozdrawiam Was ciepło z chorobowego zagłębia (2x inhalacje, 1x antybiotyk, ehhh...),
Agnieszka

BabyCook Beaba - TU
Maty EZPZ - TU
Śliniaki-fartuszki - TU
Łyżeczki Spuni - TU

9 sty 2017

jeszcze będę teskniła.


Wiecie jak to jest? Piąty raz zabieram się do tego posta. Poprzednie cztery skończyć musiały się szybciej, niż zaczęły. Teraz też stoi obok mnie zimna kawa. Nie pisałam cały grudzień. Nie dlatego, że nie chciałam. Chciałam i to bardzo, ale postanowiłam sobie, że jednak każde 5minut, których potrzebują ode mnie Chłopcy jest ważniejsze, niż to co "muszę". Przecież to nie ucieknie! Obiecałam, że coś zrobię, to zrobię. 



Jak to jest u Was? Czy Wasza codzienność też kręci się wokół łóżka? Nasza sypialna stała się niejako centrum codzienności. Bo J. śpi z nami od urodzenia. Nie odkładam go do kołyski. Próbowałam. Z jednej wyrósł, druga zaraz zostanie zmieniona na większe łóżeczko, które posłuży przez najbliższe kilka lat. Próbowałam go odkładać, ale... jeszcze będę tęskniła za małym, ciepłym ciałkiem wtulonym w moje ramiona. Za tym uśmiechem rozkosznym, który jest pierwszym, co widzę po przebudzeniu o 3 w nocy. I już nie próbuję, bo i po co...? Jeszcze będę tęskniła za nocnymi wędrówkami naszego dwulatka, który na słowa "wskakuj pod kołderkę!" gramoli się na łóżko i tuuuuli Brata i Rodziców. 



Od dłuższego więc czasu to właśnie łóżko i wszelkie tworzone "wokółłóżkowe" gadżety są moją małą miłostką. Kocham się w lnianych pościelach, kocykach z miękkich tkanin, narzutach robionych z dbałością o szczegóły. Zamawiam, wyszukuję, kupuję... A kiedy okazało się, że możemy testować Materac Emma (na nasz stary materac strasznie narzekał Pan Tata) nie wahałam się 3 sekund. Bardzo się ucieszyłam, kiedy do nas przyjechał i od razu stworzyłam nam przytulny, wielowarstwowy "barłożek". Jest komfortowo i wygodnie jak nigdy. Aż nie chce się wychodzić z łóżka! I choć w takie dni jak dziś, kiedy w nocy dane mi było spać 2,5 godziny, myślę sobie, że jest ciężko to... jeszcze będę za tym tęskniła. 



Nasze łóżko bywa przystankiem autobusowym, trampoliną i remizą strażacką. W nocy, kiedy przyśni się coś złego, jest miejscem, w którym znajduje się ukojenie obok Taty i Mamy. Zdarza nam się spać w nim we czwórkę (czasami w nogach kładzie się jeszcze Figa!). Było dla mnie niesamowicie ważne, żeby było nam w nim po prostu dobrze. I zdaje się, że się udało, bo cały czas ktoś w nim urzęduję.

I wiecie co? Cieszę się tym, póki mogę bo... no właśnie.

Materac - Emma
Pościel lniana w kolorze głębokiego grafitu - Pura Natura
Poszewka w kwiatki - Radosna Fabryka
Gałki/wieszaczki w komodzie - HK Living
Kocyk o wafelkowym splocie - Mallino
Kocyk z pomponikiem - Lola y Lolo
Narzuty z bąbelkami - Tiny Bubbles

W kwestii technicznej: przy dwójce małych dzieci "stresują" mnie zawsze białe powierzchnie. Oczywiście i tym razem nie mogło być inaczej... Z bidonu wylał nam się na łóżko kompot... Na szczęście pokrowiec materaca można ściągać. Wyprałam go w pralce i... znowu jest śnieżnobiały. Uff! 

Pozdrawiam Was serdecznie,
Agnieszka.

25 lis 2016

współlokator.

Miesiąc temu do naszego domu wprowadził się on - elegancki, cichy i - dziś już to wiem - niezastąpiony. Oskar.

Kim jest?



Ostatnio wspominałam Wam o zapaleniu krtani, które bezlitośnie atakowało Starszego Brata w poprzednim sezonie jesienno-zimowym. Mam już opracowane sposoby, jak radzić sobie w sytuacji, kiedy ta nieszczęsna choroba nam się przydarzy. Ale jak bronić się przed rozchorowaniem?

Tej jesieni, to ja rozpoczęłam coroczną akcję "chorowanie" - od prawie dwóch tygodni kaszlę i boli mnie gardło. Niestety rozprawienie się z przeziębieniem w moim przypadku jest niełatwe - Mama karmiąca to dość trudny "materiał" do leczenia. Chłopców póki co udaje mi się jakoś chronić.

Kiedy tylko zrobiło się chłodno, a kaloryfery nabrały przyjemnej temperatury, od razu poczułam, że czas uruchomić nawilżanie. Najlepiej w każdym pomieszczeniu, w którym ktoś śpi. Tym razem, postanowiłam jednak wypróbować inny niż znane mi dotąd nawilżacze ultradźwiękowe. Najbardziej zależało mi, aby poziom nawilżenia w pokoju T. był optymalny, bo to szczególnie On narażony jest na choroby układu oddechowego.  Postawiłam na wspomnianego wyżej... Oskara - ewaporacyjny nawilżacz powietrza szwajcarskiej firmy Stadler Form.



Ewaporacja to trudno brzmiąca nazwa... parowania, które najbardziej zbliżone jest do naturalnego nawilżania. Zatem nawilżacze ewaporacyjne działają na najprostszej zasadzie, jaką możemy sobie wyobrazić - odparowują wodę do powietrza. Suche powietrze przepływa przez "maty", które po części zanurzone są w wodzie nawilżające, a następnie odparowywane jest do otoczenia w odpowiedniej wilgotności. Zawartość wody w powietrzu w sezonie grzewczym spada do ok 20-30%. Optymalna waha się na poziomie 45-55%. Wyobraźcie sobie zatem  jak sucho jest jesienią i zimą w naszych domach. Takie powietrze przyczynia się do przesuszania śluzówek nosa i gardła, co oznacza że wirusy i bakterie mają uproszczoną drogę dotarcia do naszych organizmów. We wnętrzu Oskara znajduje się kostka jonizująca z kawałkami srebra, która odpowiada za eliminację wszelkich bakterii oraz drobnoustrojów znajdujących się w wodzie.

To nie tak, że samo nawilżanie powietrza uratuje nas przed chorobami. Ale jestem przekonana, że jest ważnym składnikiem budowania naszej odporności. My dodatkowo postawiliśmy na tran, oraz probiotyk. Podaję je Starszemu od jakiegoś czasu, i widzę, że wspomniany ostatnio katar skończył się bez poważniejszych konsekwencji. Mam nadzieję, że uda nam się tak wytrzymać jak najdłużej.

Niewątpliwie ogromnym plusem tego typu nawilżacza jest fakt, że nie wytwarza on wilgotnej mgiełki jak w przypadku nawilżaczy ultradźwiękowych. Tutaj cząsteczki wody są tak bardzo rozbite, że nie mamy efektu "moczenia" podłoża wokół nawilżacza. Dla mnie to bardzo ważne, bo Oskar stoi na komodzie w pokoju T. - byłoby mi bardzo szkoda, gdyby uległa zniszczeniu przez zalanie. Jest jeszcze jedna rzecz, którą bardzo w nim lubię. Ma wbudowane kontrolki (których światło można wyłączyć) poziomu nawilżenia powietrza. Świecą na niebiesko. U nas nawilżacz stał się niejako... lampką nocną. Delikatne światło pozwala mi widzieć, czy mój Synek już zasnął. To ułatwia usypianie!

Na koniec kilka faktów o Oskarze:

jest nawilżaczem ewaporacyjnym - nie "moczy" podłoża na którym stoi
ma wbudowany higrometr - poziom nawilżenia zawsze będzie optymalny, bo automatycznie zmniejszy/zwiększy szybkość nawilżania, jeśli zajdzie taka potrzeba
można stosować w nim olejki eteryczne (nie próbowałam, zobaczymy jak poradzi sobie z Olbasem, którego używam przy przeziębieniach)
wyłączy się, kiedy skończy się w nim woda
sprawdziłam, że przy pełnym zbiorniku pracuje bez przerwy przez dwie noce (2x 12h)
występuje w kilku kolorach - możemy dobrać go do wystroju otoczenia
Podsumowując: zima i dzieci to niestety często także choroby. Jeśli nawilżanie powietrza choć trochę ratuje nas przed chorowaniem, to ja na pewno będę to robiła.


Ciekawa jestem jakie macie doświadczenia z nawilżaczami? Jakiego typu nawilżaczy używacie? Dajcie znać!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,
Agnieszka

Wpis powstał we współpracy ze Stadlerform Polska.

22 lis 2016

kalendarz adwentowy 2016.

W tym roku z Kalendarzem Adwentowym czuję się trochę jak z... falstartem. Ale mam na to jedno, naprawdę dobre wytłumaczenie - muszę korzystać z wszelkich możliwości, aby napisać tu na blogu jakiś post, bo kiedy zaplanuję sobie, że "dziś siadam i piszę", to albo Starszy zaczyna pociągać nosem, albo Młodszy wcale nie ma ochoty spać. O 22 po takim dniu pełnym atrakcji po prostu padam na dziób i... zasypiam na stojąco.

Zdaję sobie sprawę, że taka ilość prezentów potrafi nieźle obciążyć budżet, więc zbierałam je już od dłuższego czasu. Jeśli coś z mojej listy wpadnie Wam w oko, zdążycie to kupić np. na Mikołajki (a w ten piątek dodatkowo w wielu miejscach będą zniżki - w końcu to Black Friday!). Ogromną przyjemnością oprócz kompletowania zawartości było... pakowanie! Zawsze mam "zachomikowane" szalone ilości wstążek, sznureczków, dodatków i papierów. W takich chwilach nie muszę się martwić, w co zapakuję te wszystkie drobiazgi. Wyciągam cały zapas i...








W tym roku o pomoc w przygotowaniu numerków do kalendarza poprosiłam Olę z Letters Of Mine. Proporczyki z tej małej manufaktury pokazywałam Wam już u nas kilkukrotnie. Bardzo je lubię. Któregoś wieczora, podczas usypiania J. rozmyślałam sobie, jakby tu spakować i udekorować Kalendarz Adwentowy. I wpadłam na pomysł, żeby przygotować etykietki z numerami wielokrotnego użytku. Napisałam do Oli o swoim pomyśle, przegadałyśmy kilka godzin projektując każdą tabliczkę po kolei i kilka dni później etykietki były już u mnie. Jak Wam się podobają? Ola wprowadziła je do sprzedaży, więc jeśli macie ochotę użyć ich przy dekorowaniu swojego Kalendarza, koniecznie do niej napiszcie.

Tymczasem kilka osób na moim instagramie podpytywało mnie, co włożyłam do kalendarza. Lista drobiazgów dla T. (bo to on będzie rozpakowywał paczuszki, J. jest jeszcze za malutki) poniżej. 
Mam nadzieję, że coś się Wam spodoba i wykorzystacie moje pomysły u siebie.


Pod numerkami kryją się zadania do wykonania:

  • Przygotuj buciki - umyj i wyszoruj szczoteczką. Postaw przy swoim łóżku i zobacz co stanie się rano!
  • Wczoraj dostałeś foremki do robienia pierniczków. Zaproś Mamę i Tatę i razem upieczcie pyszne ciasteczka.
  • Przygotujcie z Tatą karmnik dla ptaszków i zawieście go na Twoim balkonie. Kupcie ziarenka i słoninkę i obserwujcie przylatujące ptaki.
  • Jedź z Tatą wybrać choinkę. Przywieźcie ją do domu i wszyscy razem ubierzcie własne, świąteczne drzewko.
  • Przygotujcie pachnące ozdoby z pomarańczy i goździków i postawcie je obok świeczek.
  • Zróbcie stemple z ziemniaków i przygotujcie ozdobny, stemplowany papier do pakowania prezentów.

Dodatkowo zapakowałam kilka drobniejszych i kilka odrobinę większych przedmiotów. Każdy z nich równie dobrze mogłyby znaleźć się w bucikach jako prezent na Mikołajki, oraz jako prezent pod choinką.
  • Książeczki o Kici Koci - TU
  • Książeczki o Albercie Albertsonie - TU
  • Drewniane dinozaury do składania Janod - TU i TU - mamy jeszcze jednego, ale porwał go T. jak tylko nieostrożnie odpakowałam paczkę przy Nim
  • Magnetyczną rakietę Janod - TU
  • Kredki w ozdobnym pudełeczku - TU
  • Foremki do pierniczków (związane z jednym z powyższych zadań do wykonania) - TU
  • Drewniane autka - TU
  • Farby w tubkach - TU
  • Ręcznie robiony aparat fotograficzny z Manufaktury Miło - TU
  • Drewniane grzybki - TU
  • Piórnik-rybka Don Fisher - TU
  • Tęcza motoryczna Smallfoot - TU
Jak Wam się podoba nasz Kalendarz Adwentowy? Muszę przyznać, że pogoda, którą mamy za oknem sprawiła, że dziwnie robiło mi się te świąteczne zdjęcia. Pakowanie paczuszek natomiast, sprawiło mi wielką frajdę i najchętniej postawiłabym gotowy kalendarz w pokoju T. Muszę jeszcze zaczekać, ale już całkiem blisko grudzień i mój ukochany czas w roku.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Agnieszka.

7 lis 2016

przeganianie potwora.

Kiedy dostałam maila z pytaniem o napisanie posta o aspiratorze Katarek, w pierwszym odruchu pomyślałam sobie, że to kiepski pomysł. Jednak już chwilę później dotarło do mnie, że to jedna z tych rzeczy, które poniekąd "ratują nam skórę" odkąd jesteśmy Rodzicami. I gdybym miała taką moc sprawczą, darowałabym go każdej Mamie przy wypisie ze szpitala po urodzeniu Dziecka.


Jak pewnie część z Was pamięta, Starszak urodził się za szybko. Jest tzw. późnym wcześniakiem - urodzonym na przełomie 34/35tc. Szczęśliwie na tę chwilę nie mamy większych problemów. Udało nam się wyjść z wcześniactwa całkiem obronną ręką. Jest jednak jedna rzecz, która - szczególnie w okresie jesienno-zimowym - spędza nam sen z powiek. Zapalenia krtani. Nawracają często i są mocno uciążliwe. To niestety pamiątka po okołoporodowym Zespole Zaburzeń Oddychania (ZZO). A zaczynają się od... kataru.



Kiedy pierwszy raz T. miał katar, wyciągnęłam z wyprawki przygotowaną jeszcze w ciąży Fridę - aspirator, którego używa się poprzez wciąganie powietrza przez rurkę... własnymi ustami. Po pierwsze już sam opis brzmi źle, a po drugie... ten sposób jest po prostu nieskuteczny. Zanim uda nam się wyciągnąć katar z noska rozzłoszczonego niemowlęcia, Frida rozpada się na części pierwsze. Fatalnie! Dodatkowo gąbkowy filtr, w który jest wyposażona, kompletnie nie powstrzymuje przenikania bakterii i wirusów do układu oddechowego rodzica. W efekcie... i my się rozchorujemy. 


Muszę się Wam do czegoś przyznać. Bałam się Katarka. Kiedy pierwszy raz przeczytałam o nim te kilkanaście miesięcy temu, pomyślałam sobie: "Szaleństwo! Podłączać dziecko do odkurzacza?!" A potem infekcja mojego Synka zaczęła przybierać na sile i... zdesperowana pobiegłam do osiedlowej apteki.
Po powrocie do domu podłączyłam Katarek do odkurzacza i... przyłożyłam do własnego nosa, żeby sprawdzić co będzie czuło moje Dziecko. Otóż odczucie było zdecydowanie inne od spodziewanego - miałam wrażenie jakby ktoś dmuchał mi w nos, a nie coś z niego wyciągał. To takie uczucie, jakby zawiał nam w nos wiatr. Nic strasznego! Przyłożyłam aspirator do małego noska i... byłam w szoku. 

Nie będę Wam o tym opowiadać. Jedno jest pewne - oczyszczony został nie tylko nos, ale także zatoki. Od tej pory, jak tylko zauważę, że noski zaczynają się zapychać - sięgam po aspirator. Idealnie, jeśli przed czyszczeniem zakropimy nos kilkoma kroplami soli fizjologicznej. Rozrzedzi wydzielinę i zdecydowanie ułatwi jej usuwanie. 

Często osoby, które po raz pierwszy widzą, jak przygotowuję "stanowisko" do czyszczenia noska, są w szoku: "Podłączasz go do ODKURZACZA?!" A ja tylko się uśmiecham i robię swoje. 
Po powrocie ze szpitala z Młodszym Bratem, miałam wrażenie, że źle mu się oddycha - Maluszek sporo ulewał, przez co mleko momentami znajdowało się także w nosku. Kilka kropelek soli fizjologicznej, Katarek i po sprawie.




Dziewczyny, nie zdecydowałabym się na napisanie tego posta, gdyby nie fakt, że używam aspiratora Katarek już dobrze ponad półtora roku. Przy jakiejkolwiek infekcji dróg oddechowych odkurzacz zawsze stoi u nas na posterunku. To najszybsza, najskuteczniejsza i zupełnie bezpieczna droga do czystego noska Maluchów. Pamiętam swój strach przed nim. Naprawdę nie ma czego się bać, a taki sposób czyszczenia nosa zasługuje na Nobla - choroby zwalcza się zdecydowanie szybciej, kiedy noski są czyste, a wydzielina nie spływa po gardle. Sądzę, że gdyby nie Katarek, nasze chorowanie kończyłoby się nie na krtani, a na oskrzelach lub - co gorsza! - na płucach.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Agnieszka.

Wpis powstał we współpracy z marką Katarek.

18 paź 2016

wyzwanie. / wnętrze biura.

Wyzwanie jest wtedy, kiedy urządza się komuś wnętrze i trzeba brać pod uwagę jego zachwyty i rozczarowania. Wyzwanie jeszcze większe jest wtedy, kiedy do dyspozycji ma się nieograniczone ilości sklepów internetowych, dostęp do firm które wykonują meble oraz do inspiracji we wnętrzarskich magazynach - można zwariować od mnogości rozwiązań. A ogromne robi się to wyzwanie wtedy, kiedy urządza się wnętrze biura - przestrzeni jakby nie patrzeć publicznej. Trzeba pamiętać o poszanowaniu pewnych zasad (no nie wstawimy sobie wielkiego, różowego, opierzonego...hmmm... flaminga np.), ale też urządzić to miejsce w taki sposób, aby zapadło w pamięć odwiedzającym je ludziom, a przede wszystkim było funkcjonalne i miłe dla oczu osób w nim pracujących.




Urządzanie tego biura zajęło kilka miesięcy. Meble, które zostały wykonane przez markę Hoom.co wg przedstawionego im projektu, uzupełnione zostały odnowionymi, PRLowskimi fotelami i krzesłami. Dodatki zbierane były powoli i starannie. Wszystko zachowane jest w pewnej naturalnej palecie barw i przełamane zostało tylko ciepło żółtą barwą tkaniny obiciowej na fotelach, którą wyszukałam w internecie.





Zależało mi na zachowaniu pewnego poziomu elegancji w tym miejscu, ale chciałam też przełamać ten nieco pałacowy charakter sztukaterii. Wiedziałam, że nie możemy pójść w ciężkie, klasyczne drewniane meble. Że biel wnętrz pięknie uzupełni rozbielony odcień dębowego drewna, a mocnego charakteru dodadzą czarne elementy. Zieleń także okazała się strzałem w 10. Muszę przyznać, że jestem naprawdę dumna z tego projektu, a upieranie się przy pewnych rozwiązaniach było zasadne.




Brakuje tu jeszcze kilku dodatków, zawisnąć muszą stare dokumenty, które oprawiliśmy w ramy wykonane z różnego rodzaju drewna i metalu. Chciałabym także wymienić pozostałe lampy (idealne byłyby te od LampaLOFT). Mam nadzieję, że za jakiś czas uda mi się pokazać Wam jeszcze kilka kadrów z tego pięknego miejsca.
Jak Wam się podoba takie wnętrze biura? Myślicie, że będzie miłym miejscem do pracy?

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję, że zaglądacie!
Agnieszka.

Stół konferencyjny, biurko, komoda i witryna Hoom.co - TU
Krzesła i fotele - odnowione znaleziska z Allegro / OLX
Lampa w sali konferencyjnej - TU
Plakat Polska i Poznań - TU
Oplątwy - TU