Tymczasem zabrałam do Warszawy coś, co jest efektem ubocznym kilku wolnych godzin, które udało mi się tu na miejscu wykraść z kolejnych pracowitych dni. Nie przesadzę jeśli powiem, że to największa robota, jaką zrobiłam - na szydełku oczywiście. No bo przecież robótką nazwać tego nie można?
Zaczęłam jeszcze w Poznaniu miliard razy prując kolejne rzędy, bo a to dywanik falował, a to się zwijał. Nie mam złotego środka, jak to zrobić. Potrzeba na pewno kilometrów sznurka, grubego szydełka i ogromu cierpliwości.


Wybaczcie mi jakość drugiego zdjęcia, ale zrobiłam je telefonem, bo nie mam ze sobą aparatu. W każdym razie, mogę powiedzieć, że... SKOŃCZYŁAM! I pewnie zrobię jeszcze kiedyś coś podobnego. Ale nie teraz, chwilowo odstawiam treningi cierpliwości.
Stęskniłam się za Wami i musiałam już coś napisać, bo jakoś za cicho tu na blogu.
Pozdrawiam serdecznie,
Agnieszka.
PS. Dziś nasze święto, więc życzę Wam, aby każdy mały pomysł, każdy plan i marzenie stały się realne. Buziaki!