30 gru 2015

Stokke Trailz - co o nim sądzę?

Kiedy okazało się, że będziemy mieli okazję przetestować wózek Stokke Trailz nie posiadałam się z radości. Gdy dowiedzieliśmy się, że na Świat przyjdzie nasz Synek, zaczęłam przyglądać się różnym dziecięcym tematom.  Temat wózka potraktowałam po macoszemu, ale wózki Stokke już wtedy przykuły moja uwagę. Do testów przystąpiliśmy więc z przyjemnością.



Kiedy Trailz do nas przyjechał, pierwszą rzeczą którą się zachwyciłam, była jakość jego wykończenia. Jestem oczarowana sposobem mocowania tapicerki (zamki i napy w miejscach, które umożliwiają idealne dopasowanie), łatwością zmieniania pozycji spacerówki, oraz możliwością ekspresowej zmiany pokrowców.

Testujemy wózek od ponad dwóch miesięcy i myślę, że jest to wystarczający czas, żeby znaleźć punkty, które chciałabym dla Was skomentować w tym miejscu.



Trailz jest niesamowicie stabilny. Nawet ciężka torba wisząca na rączce nie była w stanie przeważyć wózka. Nie muszę obawiać się, że oparcie się o wózek oże spowodować jego przechylenie i wywrócenie. Ten problem pojawiał się przy poprzednim wózku. Stokke jest cięższy niż wózek, którego używaliśmy do tej pory. Dzięki temu jest prawdziwym taranem - wygodnie prowadzi się zarówno po gładkim asfalcie jak i po leśnych duktach. 

Ma duże, pompowane koła, które radzą sobie świetnie nawet w leśnym poszyciu czy w wysokiej trawie na łące.




Płynna regulacja nachylenia siedziska jest bardzo komfortowa dla malucha. Kiedy spacerujemy i widzę, że T. zaczyna mi "odpływać", jednym ruchem kładę siedzisko z poziomu siedzącego do leżenia i... sama chętnie wskoczyłabym na jego miejsce. Podoba mi się, że nie trzeba się szarpać z oparciem, tylko przechyla się spacerówkę w całości. Dziecko nie odczuwa zmiany pozycji w żaden nieprzyjemny, "szarpany" sposób. Kiedy chłopiec był chory i męczył się z katarem, Trailz ratował nam skórę - w łóżeczku, ułożony na poduszkach T. po kilku minutach zsuwał się i wybudzał. Tutaj ułożony lekko po kątem spał zdecydowanie dłużej - katar nie zatykał małego noska i nie budził zmęczonego chorobą malucha.

Pozostając w temacie siedziska - dziecko siedzi w nim zabezpieczone 5-cio punktowymi pasami. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że pasy odpinane są zarówno klasycznie (góra - szelki, dół - pasek między nóżkami dziecka) jak i w taki sposób, że dziecko ma pasek między nóżkami i wokół bioder, a szelki odpinane są osobno (trudno to opisać, łatwiej pokazać - zdjęcia poniżej). Jest to o tyle przydatne, że teraz, kiedy zrobiło się zimno i zaczęłam zakładać T. grubą puchową kurteczkę, ciężko jest przełożyć i dobrze dopasować szelki "w całości. O wiele łatwiej zapiąć najpierw dół, a potem osobno paski szelek. Dzięki temu dopasowuję szelki dokładnie i wiem, że nigdzie nie uwierają mojego Synka.



Ostatnia kwestia "siedziskowa" - dziecko siedzi zdecydowanie wyżej, niż w większości (o ile nie we wszystkich) wózków dostępnych na rynku. Dla mnie to wielki plus - jak widzicie wożę Chłopca przodem do siebie, bo tak lubię. W Trailz siedzi wyżej, a co za tym idzie - bliżej mnie. Bardzo mi to odpowiada!

Kosz na zakupy jest naprawdę ogromny! Spokojne mieści duże zakupy "na tydzień" i... naszą Figę!



Regulacja wysokości rączki to chyba już teraz standard w wózkach. Mała rzecz, a jakże wygodna. Jedynie w kwestii materiału, którym jest wykończona rączka, mam drobną wątpliwość. To pewnego rodzaju "pianka/gąbka". Zastanawiam się czy latem, kiedy będzie gorąco nie będzie podatna na zabrudzenia. Zobaczymy!

Jeśli chodzi o sposób składania stelaża to jest on dość prosty i intuicyjny. Ma wypinane zarówno przednie, jak i tylne koła. Aby go złożyć, należy wypiąć siedzisko Do naszego niewielkiego auta mieści się po wypięciu dużych, tylnych kółek. Szkoda mi trochę obijać Stokke w bagażniku, więc staram się go zbyt często nie wozić. Jest to jednak możliwe nawet w niewielkim aucie.


Minusem, który niestety ma Trailz jest... jego cena. Wiem, że dla wielu osób zaporowa. Nie będę tutaj dywagowała czy go kupić, czy nie. Jeśli ktoś może sobie na ten wózek pozwolić, to bardzo go polecam. Nam jeździ się rewelacyjnie!



Czekałam na śnieg, żeby zaprezentować Wam w całej okazałości WinterKit, który także otrzymaliśmy. Niestety się nie udało - zaczekam zatem i jeśli zrobię kolejne zdjęcia, na pewno pokażę je Wam na moim instagramie, gdzie możecie podglądać, co u nas słychać.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, ostatni już raz w tym roku,
Agnieszka.

17 gru 2015

kreatywnie z Fabryką Wafelków.

Niedawno razem z Chłopcem zostaliśmy zaproszeni do wspólnej zabawy z Fabryką Wafelków i portalem Pomysłowy Rodzic. Z oferty sklepu (który kończy już 6lat!) mogliśmy wybrać zabawkę, którą wykorzystamy na wiele sposobów. Spodobały mi się "grzebieniaste" klocki Stackadoos. marki B.Toys i to właśnie je wybraliśmy do naszego kreatywnego zadania.



To był strzał w 10. bo kiedy do nas przyjechały od razu wpadło mi do głowy kilka zabaw z ich wykorzystaniem.

1. Budowanie z klocków - tutaj chyba nie trzeba wiele pisać - klocki świetnie do siebie pasują i łatwo się łączą. Zburzenie wierzy zbudowanej ze Stackadoos. nie jest jednak takie proste jak ze zwykłych klocków. Zdziwiona mina na twarzy T. - bezcenna!


2. Integracja sensoryczna - kiedy T. się urodził (jak być może pamiętacie - trochę za wcześnie) zaczęłam z nich chodzić na ćwiczenia - wczesne wspomagane rozwoju. W naszym przypadku była to na szczęście tylko i wyłącznie przyjemność, a nie wymóg lekarza. Jednym z zaleceń mojej kuzynki, która jest fizjoterapeutką i rehabilitantką zajmującą się maluchami z problemami, było wspomaganie integracji sensorycznej. Do masażu wnętrza dłoni i podbić stópek wykorzystuje się przedmioty o różnej fakturze, twardości, konsystencji. Nasze "jeżyki" genialnie sprawdzają się do delikatnego "drapania" dłoni i stóp - T. zaśmiewa się przy tym w głos. Ogromną zaletą takiej zabawy jest rozluźnianie ewentualnych napięć mięśniowych w rękach i nóżkach maluchów.



3. Mniejszy przedmiot w większym, wyciąganie i wkładanie - to jedna z ulubionych zabaw T. w tej chwili. Jest na etapie, w którym wyciąganie czegoś z drugiego przedmiotu sprawia masę frajdy. To jeden z etapów i czynności do których dorasta maluch w pierwszym roku swojego życia. Zbudowałam z klocków pudełeczko z niezbyt szeroką szczeliną u góry. Rączka Chłopca idealnie mieściła się w środku i bezbłędnie wyciągała mniejsze elementy ze środka.


4. Znajdź mnie! - pokazywałam Chłopcu małe kolorowe elementy i... chowałam je pod pokrywą od słoja, w którym przechowuje się klocki. Zadawałam pytanie "Gdzie są klocki?", a kiedy T. podnosił pokrywkę i patrzył na mnie z szerokim uśmiechem na buzi - gratulowałam mu zdolności i cieszyłam się jak z podbicia Ameryki. Brawo, Synu!


5. Sortowanie klocków kolorami - to zabawa dl zdecydowanie starszych dzieci. Można zaproponować dziecku budowanie jednokolorowych konstrukcji, albo np. poprosić o wrzucenie do słoja klocków w danym kolorze. Ta zabawa rozwija umiejętność rozpoznawania kolorów. Na pewno za jakiś czas spróbujemy!


Spodobały Wam się nasze pomysły? Mam dla Was niespodziankę: na hasło prettypleasure klocki Stackadoos. kupicie w Fabryce Wafelków z 10% rabatem - od dziś przez 7 dni. Jeśli się pospieszycie - dotrą jeszcze przed Świętami!

Cała akcja sponsorowana jest przez pierwszy internetowy sklep dla Dzieci i ich Rodziców - Fabryka Wafelków (Facebook / Instagram). Jeśli jeszcze nie znacie jej asortymentu - nadróbcie koniecznie, ja mogłabym przechadzać się między wirtualnymi półkami w tę i z powrotem. Pomysły na roczkowe prezenty już mam!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,
Agnieszka

14 gru 2015

krok po kroku, krok po kroczku...

...najpiękniejsze w całym roczku - idą Święta!

Kiedy wstajemy razem z Chłopcem, Tatkiem i Figą na śniadanie, odruchowo włączam radio. Od kilku lat mamy ustawioną jedną częstotliwość - od rana do wieczora towarzyszy nam radiowa Trójka. Lubię ten czas, kiedy zaczynają niezbyt nachalnie puszczać zimowe i świąteczne piosenki. Nucę je sobie całymi dniami i obmyślam świąteczny plan. Robię listę prac domowych i pomysłów na ozdobienie najbliższego otoczenia. Od kilku już lat w tym szczególnym czasie widoki umilają nam proste, często własnoręcznie wykonane ozdoby. W zeszłym roku zrobiłam z ogrodowych pnączy plecione wianuszki - prosta i efektowna ozdoba, zupełnie darmowa w wykonaniu. W tym roku do moich plecionek postanowiłam dodać zielone akcenty - gałązki iglaków i kawałek wstążki zrobiły całą robotę i świąteczny klimat.



Wykonanie takiego wieńca jest bardzo proste. Potrzebne jest nam właściwie tylko kilka elementów, które z łatwością znajdziemy w większości ogrodów:
  • długie, giętkie witki lub gałązki
  • gałązki z różnego rodzaju iglaków
oraz:
  • nożyczki
  • kawałek wstążki (opcjonalnie)
  • sznurek
Gałązki układamy równo w pęk i zakręcamy w kółeczko o wielkości wieńca, który chcielibyśmy otrzymać. Następnie wolny koniec gałązek oplatamy wokół naszego "bazowego kółka" za każdym razem przeplatając witki przez środek (wianek będzie lepiej się trzymał).




Wolne końce gałązek wtykamy w zawinięty już wieniec. Dokładne wykonanie tego punktu (porządne upchnięcie końcówek gałązek pomiędzy ściśle skręcone witki) może całkowicie wyeliminować potrzebę dodatkowego przewiązywania wieńca.
Następnie ozdabiamy wieniec wg. własnego uznania, zaczepiamy sznurek do zawieszenia i proszę - świąteczna ozdoba gotowa! A ileż w tym radości - efekt przychodzi szybko i jest trwały.

W tym roku wianki to silny trend we wnętrzach. Pisała o tym np. Ola czy Marta. Im bardziej naturalny wieniec - tym lepszy. Nie mogłam ominąć tej "mody" bo plecionki uwielbiam od dawien dawna. W tym roku moje surowe, minimalistyczne wieńce potraktowałam odświętnie. Razem z moją Przyjaciółką zrobiłyśmy dwa - ozdobione gałązkami. Nie byłabym sobą, gdybym do swojego nie dodała drobnego, wstążkowego akcentu.

Jak Wam się podobają? Zachęciłam Was do zrobienia swoich wieńców? Jeśli nie macie ogrodu i rosnących w nim pnączy, spróbujcie zrobić wieniec z wierzbowych witek - są giętkie i powinny się nadać idealnie.



Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,
Agnieszka

8 gru 2015

Rok z Niemowlęciem cz. 2 / Beaba

Kiedy zaczęłam kompletować wyprawkę dla naszego mającego urodzić się Synka, miałam mętlik w głowie. Marek, które proponują akcesoria do pielęgnacji niemowląt jest w tej chwili bardzo wiele. Nie byłam pewna, czym kierować się przy wyborze. Przecież wanienka to wanienka, a przewijak to przewijak. Kiedy jednak zaczęłam zagłębiać się w temat, moją uwagę przykuła francuska marka Beaba. Okazało się, że w ramach mojego BabyShower, Beaba Polska zechciała podjąć ze mną współpracę i otrzymaliśmy do testowania akcesoria w pięknym, miętowym kolorze. Pamiętam jak dziś, jaką wielką frajdę sprawiło mi otwieranie pudła z prezentem, a później fotografowanie tych cudeniek w pokoju Maluszka, który już wkrótce miał być z nami.



W tej chwili wanienki używamy już bez stelaża, bo nasz Szalony Żuczek siada, wstaje, podskakuje i mogłoby to być niebezpieczne. Stawiamy więc samą wanienkę w kabinie prysznica i mamy niezłą frajdę! Kąpiele to ogromna przyjemność i cieszę się, że zdecydowaliśmy się na wanienkę ze stelażem, bo dzięki temu wygodnie jest nie tylko Maluchowi, ale także Rodzicom, którzy mogą ustawić wanienkę stabilnie i w taki sposób, żeby mieli do niej wygodny dostęp. Kąpiele noworodka to na początku kawał stresu i niepewności, fajnie więc, gdy mamy pewność, że sprzęt jest stabilny i przyjemny dla Maluszka.
Jeśli chodzi o organizer - na początku byłam sceptyczna, czy jest nam w ogóle potrzebny. W pierwszej chwili myślałam, że akcesoria do pielęgnacji Niemowlaka można wygodnie trzymać w najwyższej szufladzie komody, która stoi obok łóżeczka, lub w kolorowych kartonikach zamykanych na uroczy guziczek. Otóż NIE - to nie jest wygodne. Po wymianie maili z Asią, przedstawicielką marki, która gorąco zachęcała mnie do wypróbowania organizera, i twierdziła, że na pewno się do niego przekonam, uznałam że spróbujemy. I wiecie co? No pewnie, miała rację! W organizerze układam zapas pieluszek, kremy do pielęgnacji pupy, żel do kąpieli, oliwkę, drobne akcesoria jak np. nożyczki do obcinania paznokci, szczotkę do włosów, pasty do zębów, leki pierwszej potrzeby (coś na ból brzuszka, lek przeciwgorączkowy, probiotyk, zapas soli fizjologicznej)... Całkiem tego sporo, prawda? Całość jest zaprojektowana w taki sposób, że pomimo ilości rzeczy, które w nim trzymam, nadal jest w nim porządek. Polecam go z całego serca!



Z Beaba mamy jeszcze nawilżacz. Tego typu urządzenie pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa. W okresie jesienno-zimowym, kiedy zaczynamy grzać w domach, powietrze robi się niemiłosiernie suche. Jeśli zapomnę o włączeniu nawilżacza, budzę się rano z drapiącym gardłem i suchym nosem. Domyślam się, że T. ma podobnie. Dodatkowo Chłopiec ma niestety tendencję do infekcji górnych dróg oddechowych. W leczeniu i profilaktyce takich chorób zaleca się podniesienie wilgotności powietrza w pomieszczeniu, w którym przebywa i śpi malec. Dlatego odkąd zrobiło się chłodniej i kaloryfery grzeją, otwieram na noc okno i włączam nawilżacz. Minimalny poziom nawilżenia powietrza w domu powinien sięgać ok. 40%. Czy wiecie, że włączając kaloryfery obniżamy ten poziom do 10-20%? Błony śluzowe w nosie wysuszają się i otwierają drogę dostępu dla wirusów i bakterii. Dlatego też nawilżać powietrze trzeba. To jeden z możliwych sposobów. Osobiście przeze mnie wypróbowany i polecany. Plusem tego urządzenia jest bardzo duży, 2,5 litrowy zbiornik i właściwie bezszelestna praca aż do 9 godzin non stop. Po wyparowaniu całej wody nawilżacz sam się wyłącza.


W tym cyklu chcę podzielić się z Wami rzeczami, które w opiece nad Maluchem sprawdziły mi się w 100%. Mam nadzieję, że ta weryfikacja wyprawki, którą robiłam zanim T. się urodził, pomoże Wam zdecydować się na porządne i wypróbowane produkty. Ja na początku błądziłam. Teraz wiem, co mi jest potrzebne i z czego korzystam. Dlatego polecam to Wam.

Pozdrawiam,
Agnieszka.


26 lis 2015

rabaty, zniżki, okazje - gdzie szukać prezentów?

Planując listę prezentową zawsze przeglądam internet w poszukiwaniu najatrakcyjniejszych ofert. Tak się składa, że w pobliżu Świąt często można znaleźć przystępne okazje. I tak np. w ciągu nadchodzącego tygodnia mamy dwa dobre dni na zrobienie zakupów:

Jutro, 27 listopada, będzie tzw. "Black Friday" - bardzo popularny np. w USA. Moda na proponowanie zniżek dociera już powoli do nas i niektóre marki tego dnia obniżą ceny swoich produktów - ja spróbuję upolować coś z mojej listy.

We wtorek, 1go grudnia, odbędzie się już 6ta edycja "Dnia darmowej dostawy" - w tej chwili lista sklepów, które zdecydowały się w tej akcji uczestniczyć liczy już 2036 pozycji. Jestem pewna, że wśród sprzedających znajdziecie tego, który oferuje coś, czego szukacie.


Ja w tym roku skorzystam na pewno z oferty internetowej księgarni czytam.pl, o której wspomniałam przy okazji wpisu bibliotecznego. 40% rabatu na większość oferowanych na rynku pozycji książkowych jest dla mnie wystarczająco dobrym powodem, żeby to własnie tam zrobić zakupy.



Dodatkowo w tym roku DanielWellington.com proponuje 15% rabat dla czytelników wielu blogów. Ja rownież otrzymałam hasło, które możecie wykorzystać na tańsze zakupy - wystarczy wpisać "prettypleasure" przy finalizacji zamówienia na firmowej stronie. Dodatkowo wysyłka jest bezpłatna!

Lu z bloga EnjoyYourHome  - razem z wystawcami z Targów Rzeczy Ładnych przygotowała dla nas miłą niespodziankę - masę rabatów na piękne, polskie produkty. Ja już skorzystałam i gorąco Was zachęcam do tego samego!

6te urodziny Fabryki Wafelków mogą być, dla rodziców Maluchów, dobrą okazją do zakupu zabawek, lub dziecięcych akcesoriów - sklep przygotował cykliczne rabaty na swoje produkty - zaglądajcie koniecznie! My już mamy coś na oku...

Co roku staram się nie wpadać w szał kupowania, ale jest tro trudne. Uwielbiam kupować prezenty! Uwielbiam je pakować i przyglądać się minom obdarowywanych, kiedy je rozpakowują. W tym roku jednak, postanowiłam rozważniej podejść do tematu i znaleźć odrobinę oszczędności w tym świątecznym szale. Z powyższych opcji na pewno skorzystam i wam bardzo to polecam! W końcu to  dobrych kilka złotych zaoszczędzonych np. na ulubioną kawę!

Pozdrawiam Was ciepło,
Agnieszka.

PS. Dziękuję serdecznie za ciepły odzew pod moim ostatnim postem. Poczułam, że jestem w dobrym miejscu, o dobrym czasie. I mam Was, Czytelników dla których warto tu być. Dziękuję!

23 lis 2015

od inspiracji do realizacji.

Spodobały mi się już dawno. Zaraziła mnie nimi Dana, która mieszka w Szwecji i ma najpiękniejsze "żywe" mieszkanie, jakie w życiu na oczy widziałam. Zakochałam się w jej sposobie urządzania wnętrz, a potem ta miłość przeniosła się także na tkanie. Długo chciałam spróbować, wykonałam nawet jedną nieudolną próbę i... tak szybko ja się tym zajęłam - tak szybko porzuciłam. Jednak tym razem postanowiłam, że będzie inaczej. Strasznie chciałam wykonać "gobelin" do pokoju Chłopca. W pasujących kolorach, od A do Z zrobiony przeze mnie. I wiecie co?


Mamy to!

Wykonanie takiego "łapacza moli" (jak nazwał go, niezwykle trafnie zresztą, mój J.) jest w sumie dość łatwe. W pierwszej chwili pomyślałam, żeby kupić sobie niewielkie krosno tkackie (np TU) i spróbować. Postanowiłam jednak zminimalizować koszty, a budżet, który chciałam przeznaczyć na ten projekt maksymalnie wykorzystać w sklepie z włóczkami (w Poznaniu znalazłam taki, w którym mogłabym spędzić dobre kilka godzin oglądając asortyment - szał!). W związku z tym krosno zrobiłam sobie sama.


Jeśli chcecie wykonać swój "gobelin" i samodzielnie stworzyć krosno, do jego wykonania potrzebne będą:
  • deska do wbicia gwoździ
  • gwoździe
  • miara (gwoździe wbijamy w centymetrowych odstępach)
  • widelczyk (do zsuwania kolejnych pasm robótki nawlekanych na krosno)
  • różne rodzaje włóczek, sznureczki, czesanka wełniana (lepszy efekt daje grubsza wełna)
  • gruba, tępa igła do przeplatania wełny (można też użyć widelca i zawiązać wełnę na jednym z zębów)
  • sporo czasu i cierpliwości
Zmontowanie krosna można podejrzeć np. na filmie na YouTube, o TU.




Jak Wam się podoba? Muszę przyznać, że naprawdę jestem z niego dumna. To moje pierwsze, poważne tkanie, a efekt przerósł moje oczekiwania i bardzo jestem z niego zadowolona. Do tego stopnia, że już czekają na mnie kolejne włóczki, z których stworzę coś do... sypialni!

Chciałabym poruszyć jeszcze jedną, wyjątkowo ważną dla mnie kwestię.

Jak może wiecie, prowadzę tego bloga już prawie... 7lat. To jeden z pierwszych wnętrzarskich blogów w blogosferze. Zaczęłam pisać, kiedy miałam 19lat. Na tamtym etapie życia i przez kolejne kilka lata, moje priorytety były zgodne z czasem i miejscem, w którym się znajdowałam. Studiowałam, miałam czas tylko i wyłącznie dla siebie i na swoje pomysły. Dużo piekłam, zmieniałam przestrzeń w okół siebie, przeszukiwałam internet w poszukiwaniu ispiracji i nowych pomysłów. Blog był bardzo wnętrzarski i DIY. Bo w tamtym czasie i ja taka byłam. Niedawno zostałam Mamą. Mój świat kręci się wokół mieszkania i jego urządzania (to moja największa pasja i hobby i nigdy nie ulegnie to zmianie), ale przede wszystkim wokół małego Mieszkańca, który sie tu pojawił i mojej Rodziny, która w tej chwili jest dla mnie priorytetem. Na blogu pokazuję rzeczy, których na co dzień używamy. Część z nich dostałam, a część kupiłam. Te które dostałam wybrałam osobiście. To nie jest tak, jak niektórym może się wydawać. Że może wystarczy napisać maila, zaproponować wynagrodzenie/ produkt i heja - będzie na blogu. Wszystko co tu pokazuję, wybieram w zgodzie ze sobą. Nie ma tu nic, czego mogłabym się wstydzić, bo są to produkty dobrej jakości i w moim stylu. Prawdopodobnie, gdyby nie udało mi się nawiązać współpracy z firmami, sama bym je kupiła. I tak, blogowanie stało się w pewnym momencie obok pasji także moją pracą. Nie widzę nic złego w tym,  żeby łączyć przyjemne z pożytecznym. Opłacam ZUS i księgową. Poświęcam czas na przygotowanie zdjęć i napisanie posta. Czy zastanawialiście się kiedyś, ile tego czasu zebrało się przez te 7lat? 



Jeśli formuła tego bloga przestała Ci odpowiadać - trochę mi przykro, ale nie musisz tu przychodzić. Nie musisz odwiedzać mnie i mojej Rodziny. I naszego domu. Jestem jaka jestem, zmieniłam się. Mam inne priorytety i potrzeby. Ale nie będę za to przepraszać. Czas płynie i Ci, którzy rozumieją - zostaną tu ze mną i będą za kolejne kilka lat. 

Ten post miał się pojawić w sobotę. Okazało się jednak, że Chłopiec mocno się rozchorował. Chcieć to jedno, a móc to drugie. To mam na myśli mówiąc o priorytetach. Chciałabym Wam pokazać o wiele więcej, ale zwyczajnie nie mam już tyle czasu, co kiedyś. Mam więc nadzieję, że to co uda mi się zamieścić, zawsze będzie w dobrym stylu i satysfakcjonować będzie i Ciebie, mój drogi Czytelniku, i mnie.

Pozdrawiam serdecznie,
Agnieszka.

13 lis 2015

pasja.

Kiedy poznałam J. stwierdziłam w duchu: "fajny, ale to nie mój moment, nie nasz czas". Przystojny, szarmancki, roześmiany i czarujący. Pamiętam, że tak o Nim wtedy myślałam. Przegadaliśmy dobre kilka godzin - okazał się być wyjątkowo sympatycznym i cierpliwym rozmówcą.  Imponowały mi jego sposoby na spędzanie wolnego czasu - biegał w maratonach, przez pół roku pływał na statku... To były pasje, na które ja nie potrafiłabym się porwać, kompletnie poza moim zasięgiem. Do niego po prostu pasowały. W miarę upływu czasu zaczęłam wsiąkać w Jego życie. Zaczęłam razem z nim jeździć na zawody, wytrwale kibicować i czekać na Niego tuż za linią mety. Rozpierała mnie duma. 


Gdy w zeszłym roku okazało się, że będziemy mieli Synka, przez głowę przemknęła mi myśl, że nasze życie przewróci się kompletnie do góry nogami. Jestem osobą, która lubi stanowić sama o sobie. Lubię być niezależna i zarządzać swoim czasem w taki sposób, jaki sama uznam za właściwy - słowem: trudno mi mieć nad sobą kogoś, kto będzie decydował za mnie co mam robić. A przecież kiedy rodzi się Maluch, to on poniekąd zarządza naszym czasem! Obawiałam się też trochę, jak to będzie z bieganiem mojego J. Praca, dom w którym czekamy na niego my, we trójkę (bo przecież Figa jest pełnoprawnym członkiem rodziny!) wytęsknieni... Jak znaleźć czas na treningi i zawody? Na szczęście J. łączy przyjemne z pożytecznym (wybiegana Figa) i najczęściej wieczorami ucieka mi na chwilę z domu. 



W tym roku postanowił, że zdobędzie "Koronę Półmaratonów Polskich". Aby osiągnąć swój cel, musiał w ciągu sezonu biegowego 2015 ukończyć 5 półmaratonów z listy stworzonej przez Polskie Stowarzyszenie Biegów.

Poprzednią niedzielę spędziliśmy we trójkę (J., Figa i ja) w Kościanie, na ostatnim - piątym - półmaratonie wybranym z listy.
Emocje towarzyszące takiej imprezie są naprawdę niesamowite. Blisko 2tysiące biegaczy, ogrom kibiców wzdłuż całej trasy, brawa, śpiewy... Ten dzień zapamiętamy na długo, bo był naprawdę udany. 

Kiedy J. biegł i zniknął na dalszych kilometrach trasy ja razem z Figą piknikowałam w pobliżu mety. Grzałam buzię w słońcu i rozmyślałam.


5,5 roku temu nie sądziłam, że kiedyś będę w miejscu, w którym jestem teraz. W naszym wspólnym domu, za ścianą śpi Chłopiec. Figa leży obok i wtula się w kolana mojego J. Jest dobrze. Tak jak powinno być. Bo pomimo kilku kwestii, które mącą ten spokój - wiem, że damy radę. W końcu jesteśmy RODZINĄ. Każdy z nas ma swój czas tylko dla siebie - na swoje pasje i potrzeby, Ale kiedy trzeba - jestesmy razem. I to jest w życiu najwazniejsze, żeby być we właściwym miejscu, we właściwym czasie. A jeśli czasami wydaje nam się, że to nie "nasz moment, nie ten czas" zastanówmy się raz jeszcze, czy aby na pewno. I dajmy sobie szansę. Bo gdybym z góry przekreśliła tę znajomość, o której dziś piszę - nie byłabym tu gdzie jestem.



Pozdrawiam Was ciepło,
Agnieszka.

PS. Bidony i pojemniki, które widzicie na zdjęciach to Lifefactory. Wykonane ze wzmocnionego szkła i schowane w rękawach zrobionych z silikonu klasy medycznej. Wygodne w użyciu i higieniczne. A do tego naprawdę ładne. Odkąd mamy swoje, z chęcią zabieram je ze sobą, kiedy wychodzę z domu. Nawet T. pije z lifefactory'owego bidonu! Marzy mi się jeszcze kilka pojemników oraz szklanki. Są przepiękne! 

Jeśli chcielibyście kupić produkty Lifefactory, zajrzyjcie TUTAJ - producent przygotował dla Was 15% zniżkę na hasło "prettypleasure". Zniżka ważna jest od 13 - 20. listopada. 
Mam nadzieję, że się Wam przyda.